Dlaczego kuna interesuje się akurat naszym autem?
Ciepło i ciasnota. Silnik jeszcze długo po zgaszeniu oddaje temperaturę, a wokół niego jest mnóstwo szczelin, w których niewielkie zwierzę czuje się osłonięte. Dochodzi do tego rzecz, o której kierowcy często nie wiedzą: kuna nie gryzie przewodów dlatego, że jej smakują. Chodzi o rewir.
- Kuna kieruje się instynktem, nie złośliwością. Znaczy zapachem miejsce, które uznała za swoje, a kiedy trafi na ślad innego osobnika, reaguje agresją i niszczy wszystko dookoła. Przerwanie tego łańcucha zapachowego zwykle wystarcza, żeby poszukała spokojniejszego kąta - mówi Artur Olejniczak, właściciel marki Kunagone, która od lat zbiera zgłoszenia takich szkód.
Stąd bierze się mechanizm zaskakujący najbardziej: auto raz odwiedzone bardzo często zostaje odwiedzone ponownie. Wystarczy jeden postój tam, gdzie żeruje inna kuna, żeby samochód przywiózł na sobie zapach, który u miejscowego osobnika uruchamia reakcję obronną.
Po czym poznać nieproszonego gościa?
W samochodzie pierwsze są ślady zębów: na wężach chłodnicy, przewodach zapłonowych, gumowych mieszkach i matach wyciszających, które kuna potrafi wyrwać i poszarpać. Bywa, że pod maską zostają liście, sierść albo resztki zdobyczy, bo zwierzę magazynuje jedzenie w kryjówce. Częściej jednak kierowca dowiaduje się o wszystkim od strony usterki: auto nie chce odpalić, zapala się kontrolka, silnik zaczyna się grzać.
Na poddaszu sygnały są inne i łatwiej je zlekceważyć. Nocne drapanie, tupot nad sufitem, przesuwanie czegoś w izolacji. Wiele osób bierze to za odgłosy pracującej konstrukcji i czeka. Problem w tym, że w tym samym czasie zwierzę już rozrywa wełnę i wynosi ją kawałek po kawałku.
Ile to kosztuje i czy zapłaci ubezpieczyciel?
Przy aucie widełki są szerokie. Wymiana jednego węża czy przewodu to wydatek rzędu kilkuset złotych, ale naruszona wiązka elektryczna albo przegrzany silnik oznaczają już kilka tysięcy. W nowych samochodach, gdzie elektronika steruje niemal wszystkim, drobne nadgryzienie izolacji potrafi wywołać awarię nieproporcjonalnie dużą do rozmiaru uszkodzenia.
- Skala zgłoszeń, które do nas trafiają, potrafi zaskoczyć. W jednym z opisanych przypadków właściciel Tesli wycenił straty po wizycie kuny na około 17 tysięcy złotych - mówi Artur Olejniczak.
Przy domu rachunki bywają wyższe. Z relacji właścicieli wynika, że odbudowa zniszczonego ocieplenia i uszkodzonej membrany dachowej kosztuje od mniej więcej 10 do nawet 80 tysięcy złotych, zależnie od tego, jak duży fragment połaci trzeba rozebrać. W obu przypadkach warto zawczasu przejrzeć polisę. Podstawowe OC szkód od zwierząt nie obejmuje, przy aucie pokrywa je dopiero autocasco, i to nie w każdym wariancie, a przy budynku wiele zależy od zapisów ubezpieczenia nieruchomości.
Poddasze, czyli szkoda, która rośnie miesiącami
Zniszczenia w dachu rzadko ujawniają się od razu. Kuna rozciąga i wynosi wełnę mineralną, przez co w warstwie izolacji robią się puste miejsca. Pojawiają się mostki termiczne, pomieszczenia trudniej utrzymać w cieple, rosną rachunki za ogrzewanie, a para wodna zaczyna skraplać się tam, gdzie nie powinna. Najpoważniej robi się wtedy, gdy ucierpi membrana dachowa, czyli warstwa odpowiadająca za odprowadzanie wilgoci i ochronę przed przeciekami.
Wtedy popularne rozwiązanie, czyli wdmuchanie nowej izolacji przez otwory w płytach gipsowych, bywa pozorną oszczędnością.
- Jeśli membrana jest naruszona, dołożenie samego materiału izolacyjnego może zamknąć wilgoć wewnątrz konstrukcji. Efektem bywa grzyb i kolejny, znacznie większy remont. Odtworzenie membrany zwykle wymaga rozebrania fragmentu dachu albo wykończenia od środka - tłumaczy Artur Olejniczak.
Co naprawdę działa?
Pełnej gwarancji nie daje żadna metoda, ale ryzyko da się mocno zbić. Przy budynku liczy się uszczelnienie dróg wejścia, przede wszystkim w dolnej części połaci, tam gdzie dach styka się ze ścianą.
- Metalowa siatka w tym miejscu to jedno z prostszych i skuteczniejszych zabezpieczeń, a najtaniej wychodzi na etapie budowy. Sam zastosowałem takie rozwiązanie, stawiając dom w Małopolsce - mówi Artur Olejniczak.
Znaczenie ma też rodzaj ocieplenia, bo piana poliuretanowa jest trudniejsza do rozerwania niż wełna mineralna, choć i ona nie zamyka tematu. Przy samochodzie podstawą jest dokładne umycie komory silnika, które usuwa zapachowe ślady po poprzednim intruzie, a poza tym zmiana miejsca parkowania, osłony na najbardziej narażone przewody i garaż bez szczelin.
Osobna sprawa to odstraszanie. Urządzenia ultradźwiękowe działają punktowo, a ich zasięg ograniczają ściany, warstwy izolacji i zakamarki poddasza. Zwierzęta z czasem przyzwyczajają się też do powtarzalnego dźwięku, jeśli nic realnego za nim nie stoi, więc skuteczność potrafi z miesiąca na miesiąc słabnąć.
Inaczej wygląda to przy metodach zapachowych, które wykorzystują ten sam mechanizm terytorialny, który w ogóle napędza problem. Woń kojarzona z drapieżnikiem jest dla kuny sygnałem, że miejsce jest zajęte i niebezpieczne. Takie rozwiązania obejmują większą przestrzeń i nie wymagają zasilania, ale wymagają jednego: konsekwencji.
- Najczęstszy błąd to działanie jednorazowe. Kuna wraca tam, gdzie czuje się bezpiecznie, więc zabezpieczenie trzeba utrzymywać i odświeżać, a nie traktować jak pojedynczą interwencję - dodaje Artur Olejniczak.
Ostatnia rada jest najprostsza i nic nie kosztuje: zaglądać. Pod maskę po dłuższym postoju w nowym miejscu, na poddasze po pierwszych nocnych hałasach. Im wcześniej zauważymy nadgryziony przewód albo poruszoną wełnę, tym mniejszy będzie rachunek.