M. S.: Myślę, że sześćdziesiątka to jest na pewno taki pierwszy moment, kiedy coraz bardziej zastanawiasz się nad swoją przemijalnością. Chociaż w zasadzie śmierć interesowała mnie od zawsze. W tekstach piosenek T.Love były podejmowane to tematy spraw ostatecznych, mimo że jesteśmy zespołem rock’n’rollowym i generalnie łobuzerskim. To się zresztą Jankowi podobało, za to mnie cenił. Nie można powiedzieć, że sześćdziesięcioletni facet to jest starszy człowiek, skoro Stonesi mając 80 lat nagrali świetną płytę „Hackney Diamons”. Ale na pewno perspektywa przy sześćdziesiątce jest inna niż przy pięćdziesiątce. No, bo ile mi jeszcze zostało? Jak kończyłem pięćdziesiątkę, to kiedy kumple pytali mnie, czy mam jakiś dół, mówiłem: „Stary, co ty, świetna impreza była”. Teraz nie robiłem żadnej imprezy. Zagrałem po prostu koncert w Krakowie, a po koncercie wynajęliśmy małą salkę, przyjechało trochę znajomych z Warszawy, z Częstochowy, Krakowa. Kameralne spotkanie. Nie da się ukryć, że 60 lat to jednak jest konkret. Na początku tego roku dopadły mnie jakieś myśli na ten temat, pojechałem do mamy, mówię: „Mamo, jakoś tak mi smutno”. A mama: „Synu, co ty żartujesz, nie rób sobie jaj, po pierwsze żyjesz, a mogłoby cię już nie być grasz koncerty, jesteś w pełni sprawny, ludzie cię lubią, co ty gadasz. Ja mam 84 lata, nogi chore, a jeżdżę samochodem. Poza tym ludzie mają nie takie problemy, nie ma o czym mówić, na pewno refleksja musi być, bo nie uciekniesz od tego. Ale do przodu, trzeba się teraz cieszyć każdą chwilą”.