D.O.: Powiedziałem Jankowi (Holoubkowi), że po prostu muszę dowiedzieć się, jak kiedyś wyglądała praca dziennikarza. Miałem świadomość, że czasy się zmieniły i współczesne dziennikarstwo wygląda zupełnie inaczej, a ja chciałem oddać ducha tamtych czasów. W „Rzeczpospolitej” wtedy jeszcze pracowali dziennikarze, którzy pamiętali realia z lat 80. Była m.in. 80-letnia dziennikarka, która pracowała jeszcze w starym stylu. Kiedyś inni dziennikarze zawołali mnie: „Zobacz, ona wycina, przekłada i nakleja na kartkę i robi okładkę, która dziś powstaje komputerowo. Ale ona robi to tak, jak dawniej”. To odkrywanie przeszłości krok po kroku miało niesłychany urok, zakochałem się w tym. Natomiast w drugiej serii „Rojsta”, kiedy przewodziłem redakcji, zobaczyłem, jak ciężko jest wpływać na innych, wymagać od nich, motywować. To w ogóle jest temat dzisiejszych czasów: jak to robić, żeby z jednej strony było to skuteczne, a z drugiej nie było opresyjne. Przyznam, że tego nie wiem, bo na przykład mnie od małego motywowała twarda ręka. Nie mówię, że ona była mobbingująca, absolutnie nie o to chodzi. Tylko jednak, jak ktoś twardo stawiał mi wymagania, mówił: „Będzie tak albo tak. Jeżeli nadal będziesz to źle robił, to żegnamy się z pracą”. To wtedy rozumiałem słowo „odpowiedzialność”, które dzisiaj moim zdaniem bardzo straciło na wartości. Czyli wiedziałem, że jak nie będę ćwiczył, to nie osiągnę sukcesu, jak się nie przygotuję, to nie dostanę się do szkoły. Rozumiałem, że to zależy ode mnie.