W tym artykule:
Slingsby T21B
- rok budowy: 1949
- masa: 220 kg
- prędkość lotu: około 60 km/h
- kabina: otwarta, side by side
- status: najstarszy latający szybowiec w Polsce
Najstarszy latający szybowiec w Polsce ma 77 lat
Na pierwszy rzut oka trudno pomylić go ze współczesnym szybowcem. Nie ma zamkniętej, aerodynamicznej kabiny, w której pilot i pasażer siedzą jeden za drugim. Tutaj miejsca znajdują się obok siebie, a nad głowami nie ma osłony oddzielającej załogę od powietrza.
To właśnie jeden z największych uroków brytyjskiego Slingsby T21B z 1949 roku, którego właścicielem jest Fundacja Zabytkowe Szybowce.
– Niektórzy nazywają go powietrzną ławeczką – mówi Jarosław Szuster.
Określenie pasuje idealnie. Konstrukcja typu side by side sprawia, że obie osoby siedzą niemal jak na ławce, ramię w ramię. W Polsce jest to widok szczególnie nietypowy, bo rodzime dwumiejscowe szybowce budowano przede wszystkim w układzie tandemowym.
Slingsby T21B. Powietrzna ławeczka z otwartą kabiną
Slingsby został zbudowany w czasach, gdy współczesne kompozyty stosowane w lotnictwie były jeszcze odległą przyszłością. Jego konstrukcja jest całkowicie drewniana, z niewielką liczbą elementów metalowych.
Co ciekawe, choć egzemplarz powstał w 1949 roku, korzenie samej konstrukcji sięgają jeszcze początku lat 30. XX wieku. Jak tłumaczy Szuster, szybowiec jest w pewnym stopniu rozwinięciem i powiększeniem słynnego Grunau Baby.
Na skrzydłach można znaleźć rozwiązania, których próżno szukać w nowych maszynach. Są między innymi charakterystyczne zastrzały oraz wklęsło-wypukły profil skrzydła, dziś już praktycznie niestosowany.
Mimo sędziwego wieku szybowiec nie jest muzealnym eksponatem oglądanym zza barierki.
On nadal lata.
Drewniana konstrukcja, która nadal wzbija się w powietrze
To właśnie tutaj zaczyna się najciekawsza część historii.
Slingsby nie powstał do bicia rekordów prędkości. Lata z prędkością około 60 kilometrów na godzinę. W czasach samolotów przekraczających prędkość dźwięku liczba może wydawać się niemal absurdalnie mała.
Ale właśnie w tym tkwi jego urok.
– Można swobodnie rozmawiać w powietrzu, a jednocześnie czuć to powietrze, czuć zapachy, jakie nas otaczają, przyjrzeć się z bliska ptakom, chmurom. Coś fantastycznego – opisuje Jarosław Szuster.
Nie ma szyby, przez którą patrzy się na świat. Jest powietrze, hałas opływający konstrukcję i krajobraz przesuwający się powoli pod skrzydłami.
Współczesny szybowiec pozwala latać szybciej, dalej i efektywniej. Slingsby daje coś zupełnie innego: możliwość doświadczenia lotu w sposób bardzo zbliżony do tego, jak przeżywali go piloci kilka pokoleń temu.
Zabytkowy Slingsby waży tylko 220 kilogramów
Patrząc na drewnianą konstrukcję, można odnieść wrażenie, że zabytkowy szybowiec musi być cięższy od współczesnych maszyn.
Jest dokładnie odwrotnie.
Slingsby waży około 220 kilogramów i jest lżejszy od wielu obecnych szybowców dwumiejscowych. Różnice technologiczne są jednak ogromne. Dzisiejsze maszyny to przede wszystkim zaawansowane materiały kompozytowe i dopracowana aerodynamika. Tutaj wszystko przypomina czasy, kiedy podstawowym materiałem konstruktorów lotniczych było drewno.
Szybowiec pozostaje przy tym w bardzo dobrym stanie technicznym. Fundacja wykonuje nim loty i pojawia się na zlotach zabytkowych szybowców.
Trofeum zdobyte w Gliwicach
Maszyna nie tylko lata, ale potrafi również zwrócić na siebie uwagę w środowisku miłośników historycznego lotnictwa.
Trzy lata temu podczas zlotu zabytkowych szybowców w Gliwicach załoga związana z Fundacją Zabytkowe Szybowce zdobyła nim główne trofeum.
Jarosław Szuster nazywa Slingsby'ego "perełką" fundacji. I dodaje, że chętnych do zajęcia miejsca na otwartej "ławeczce" nie brakuje.
Powód jest prosty.
– Tylko na tym szybowcu można poczuć wiatr we włosach – mówi.
Najpierw trzeba było go znaleźć
Historia pojawienia się szybowca w Polsce także mogłaby posłużyć za scenariusz krótkiego filmu.
Jarosław Szuster przypadkiem natrafił na informację, że jeden z pilotów zaczyna rozważać sprzedaż zabytkowej maszyny. Trzeba było działać szybko.
Problem w tym, że był już... drugi w kolejce.
Pierwszy potencjalny kupiec miał jednak trudności z organizacją transportu szybowca. To otworzyło drogę Szusterowi i jego kolegom.
– Dzięki współpracy z kolegami, dzięki wspólnej decyzji natychmiast podjęliśmy decyzję, że uda nam się to zrobić. No i zrobiliśmy to – wspomina.
Szybowiec został sprowadzony z północnej Anglii. Właściciel maszyny miał polskie korzenie i, jak opowiada Szuster, cieszył się, że zabytkowy Slingsby trafi właśnie do Polski.
"King, król jest tylko jeden"
Jest jeszcze detal, który właściciel pokazuje z wyraźną satysfakcją.
Rejestracja szybowca kończy się literami, które w alfabecie fonetycznym odczytuje się między innymi jako King.
– Król jest tylko jeden – żartuje Szuster.
Pytanie o cenę maszyny szybko ucina równie żartobliwie.
– Z Anglii wzięło się powiedzenie, że dżentelmeni nie mówią o pieniądzach, więc tego się trzymajmy.
Po chwili dodaje jeszcze lotniczą wersję dowcipu dobrze znanego również wśród wędkarzy:
– Panie Boże, spraw tylko, aby po mojej śmierci moja żona nie sprzedała tego za tyle, za ile jej zawsze mówiłem.
I chyba właśnie ten fragment dobrze oddaje relację właścicieli zabytkowych maszyn z ich samolotami i szybowcami.
Bo Slingsby T21B nie stoi wypolerowany w hali z tabliczką "nie dotykać". Nadal rusza na start, odrywa koło od ziemi i zabiera dwie osoby w powietrze.
Tak samo jak robił to ponad siedem dekad temu.