Connect with us

Lifestyle

35 lat temu zmarł Jan Himilsbach

Published

on

fot. PAP

Był elementem cyganerii warszawskiej. W filmie był znakomity, w swoich króciutkich rolach – powiedział PAP autor książek historycznych Sławomir Koper. 35 lat temu, 11 listopada 1988 r., zmarł Jan Himilsbach, prozaik i aktor.

W swoim życiu Himilsbach udzielił wielu wywiadów. Często w nich zmieniał fakty, daty, wydarzenia. W niektórych podawał nawet za moment swoich urodzin dzień, którego nie ma w kalendarzu – 31 listopada.

 

“Uważam go za bardzo dobrego prozaika. Aktora raczej trzecioplanowego, epizodycznego, ale też dobrego. Wszyscy patrzą na niego pod kątem maskotki średniego PRL-u. Skrzyżowanie skandalisty z folklorem miejskim Warszawy. Nie jest to najładniejsze” – powiedział PAP Sławomir Koper, autor książek historycznych.

Advertisement

 

“Ciekawostką jest, że ci, którzy dziś szczycą się przyjaźnią czy znajomością z Himilsbachem, wtedy, gdy żył, na jego widok przechodzili na drugą stronę ulicy” – przypomniał.

 

“Myślę, że nie jest możliwe napisanie biografii Himilsbacha. Ilość alkoholu, którą wypił, musiała działać na jego pamięć. Nieco informacji o nim można znaleźć w jego książkach. Zapomina się o tym, że Himilsbach był przez wiele lat żonaty i mimo choroby alkoholowej to było udane małżeństwo. Zostało napisanych sporo pozycji na temat Himilsbacha, tylko mam wrażenie, że ich autorzy za bardzo wierzyli panu Jankowi na słowo” – ocenił Koper.

Advertisement

 

“Postać Himilsbacha opisałem w książce +Skandaliści PRL-u+. Był elementem cyganerii warszawskiej. W filmie był znakomity, w swoich króciutkich rolach” – dodał.

 

Himilsbach urodził się prawdopodobnie 1 – 3 maja 1931 r. w Mińsku Mazowieckim. Taką datę podaje Koper w swojej książce i o takiej dacie mówi sam Himilsbach w nagraniu archiwalnym wykorzystanym w filmie dokumentalnych TVP z 2002 r. “Himilsbach. Prawdy, bujdy, czarne dziury” wyreżyserowanym przez Stanisława Manturzewskiego.

Advertisement

 

Twórcy filmu byli chyba jedynymi, którzy poświęcili czas na poszukiwania dokumentów potwierdzających fakty z życia Himilsbacha oraz ludzi, którzy go znali w okresie, gdy był dzieckiem. Przeprowadzili też wywiad z jego żoną, która stała się najbardziej wiarygodnym źródłem informacji o Himilsbachu.

 

Filmowcy ustalili, docierając do dokumentów urzędowych, że jego matka była z pochodzenia Rosjanką. Zmarła w wieku 47 lat, w listopadzie 1942 r. O śmierci matki Himilsbach pisał w noweli “Chrzciny”.

Advertisement

 

Jego ojca nikt z sąsiadów, do których dotarli filmowcy, nie widział. Sam Himilsbach mówił, że nie ma informacji na jego temat. W pewnym okresie przypuszczał, że mógł nim być kawalerzysta ze stacjonującego w Mińsku Mazowieckim 7. pułku ułanów, ale nie udało mu się tego potwierdzić.

 

Himilsbacha wychowywała tylko matka. O tym, co było po jej śmierci, opowiadała w filmie żona Himilsbacha – Barbara Himilsbach “Basica”: “Został sam, niczyj chłopak, miał 11 lat. Przygarnęła go Mańka Pędzel, którą opisuje w opowiadaniach. Ona była wariatką, ale Janek ją lubił. Mańka go wysyłała, aby szukał jakichś zajęć dających pieniądze. Gdy nic nie przyniósł nie miał gdzie spać”.

Advertisement

 

Po wojnie okradał żołnierzy sowieckich z łupów wojennych – jak mówił sam w nagraniu archiwalnym. Po pewnym czasie został aresztowany i jako małoletniego skierowano go do domu poprawczego. Tam rozpoczął naukę zawodu kamieniarza. W późniejszym życiu to było jego główne zajęcie zarobkowe.

 

Himilsbach zagrał w 69 filmach. Były to przeważnie role trzecioplanowe lub epizodyczne. Tylko w dwóch filmach zagrał główną rolę, obok Zdzisława Maklakiewicza. Były to obrazy w reżyserii Andrzeja Kondratiuka “Wniebowzięci” i “Jak to się robi”.

Advertisement

 

Potrafił nawet drobne epizody zagrać tak, że na lata pozostawały w pamięci widzów. Tu najlepszym przykładem są filmy: “Rejs”, “Brunet wieczorową porą”, “Przepraszam, czy tu biją” czy serial “Daleko od szosy”.

 

“Nagle po +Rejsie+ główną nagrodę za aktorskie osiągnięcia dostali ex aequo Daniel Olbrychski, który był gwiazdą numer jeden w Polsce, i Jan Himilsbach, który nigdy niczego nie grał, tylko po prostu był sobą” – pisał Janusz Głowacki w magazynie “Kino” (nr 3/1974).

Advertisement

 

Himilsbach był również autorem trzech zbiorów opowiadań: “Monidło”, “Przepychanka” i “Łzy sołtysa”. W wywiadach wspominał czasami, że pierwsze zaczął pisać wiersze, ale to mu się nie podobało. Na napisanie powieści nie miał czasu, bo musiał zarabiać, pracując jako kamieniarz. Forma opowiadania – według niego – idealnie mu pasowała.

 

Na podstawie swoich opowiadań napisał również kilka scenariuszy filmowych, np. “Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy” (reż. Jerzy Gruza), “Party przy świecach” (reż. Antoni Krauze), “Fucha” (reż. Michał Dudziewicz), “Zabawa w chowanego” (reż. Janusz Zaorski), “Jedenaste przykazanie” (reż. Janusz Kondratiuk).

Advertisement

 

Kolorytu postaci Himilsbacha dodawały niezliczone anegdoty, krążące po Warszawie.

 

Pod koniec lat 70. pracę magisterską o Himilsbachu napisała Alicja Wancerz-Gluza, szefowa działu edukacji i innowacji Ośrodka Karta. W filmie dokumentalnym powiedziała: “On po prostu jest, jaki jest, z całym balastem tych podwójnych wątków swojej biografii. Jaś nie jest źródłem informacji o samym sobie, w sensie – informacji prawdziwych”.

Advertisement

 

“Himilsbach to jest temat z pewnym kluczem. Ten klucz jest podwójny” – mówił Stanisław Manturzewski. “Po pierwsze, jest to unikalny przykład człowieka, który był równocześnie herosem kultury wysokiej i niskiej. Jedną nogą był na olimpie, uważali go za równorzędnego partnera tacy ludzie jak Młodożeniec czy Konwicki, a z drugiej strony nigdy nie wyparł się swoich kumpli z więzienia, jak wychodzili, to witał ich bankietem” – opowiadał w wyreżyserowanym przez siebie filmie.

 

W ostatniej scenie filmu odtworzono nagranie wypowiedzi Himilsbacha: “przez całe życie, od kiedy stałem się sławny, nagrałem chyba z czterysta wywiadów. Wypytywali się mnie o dzieciństwo. No to każdemu z nich mówiłem coś innego, bo ile razy można pier…lić to samo”.

Advertisement

 

“Janek umarł 11 listopada 1988 r. Świętowaliśmy wtedy coś u jego znajomych przy ul. Górnośląskiej. Pamiętam, że tego wieczoru zamiast typowych pijackich rozmów Janek zaczął opowiadać o swoim dzieciństwie i matce. Obudziłem się w nocy, Janek siedział w fotelu z ręką na sercu. Wyglądał, jakby spał. Cicho wyszedłem, aby nikogo nie budzić. Następnego dnia dowiedziałem się, że umarł” – powiedział PAP aktor Zdzisław Bene Rychter.

 

“Nasza relacja była trudna do określenia, było to coś w rodzaju przyjaźni, bliskości, serdeczności, więzi bratnich dusz. Bardzo często myślę o Janku” – dodał.

Advertisement

 

“Himilsbach w każdym filmie był właściwie taki sam. Nie tyle grał, co po prostu był. Był sobą. Ten ekranowy Himilsbach niewiele się przecież różnił od tego, którego w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych można było w Warszawie spotkać albo gdzieś na Krakowskim Przedmieściu, albo w +Harendzie+, mecie studentów pobliskiego uniwersytetu, gdzie artysta godzinami przesiadywał i urządzał pijackie happeningi” – pisał Lech Kurpiewski w magazynie “Film” (nr 36/1992).

 

“Nie stwarzał postaci – sam był postacią. I gdy się pojawiał, film zyskiwał prawdziwe, nie wymyślone życie” – napisała na portalu cultura.pl Maria Malatyńska.

Advertisement

 

“Film stworzył mu w pewnym momencie nową rzeczywistość. Liczył się jego niepowtarzalny wygląd, timbre głosu, zdolność do improwizacji, poczucie sytuacyjnego humoru. Byłem w 1971 roku na festiwalu w Pesaro, gdzie pokazywano +Rejs+ Piwowskiego. Gdy tylko na ekranie pokazała się gęba Jasia, już poszedł szmer po widowni: Spencer Tracy, Spencer Tracy” – pisał w “Tygodniku Kulturalnym” (1988) krytyk filmowy i literacki Krzysztof Mętrak.(PAP)

Advertisement
Continue Reading
Advertisement
Click to comment

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Lifestyle

Piotr Adamczyk: rola Kazika to nie była taka… prosta sprawa

Published

on

By

„Lubię castingi, mimo że często ludzie są zdziwieni: +Co ty, chodzisz na castingi? Przecież ty już chyba nie musisz+. Ale właśnie castingi często weryfikują to, czy udźwignie się coś nowego. Casting na Kazika był tego typu szansą dla mnie, którą, mam nadzieję, udało mi się wykorzystać” – mówi PAP Life Piotr Adamczyk, który w serialu kryminalnym „Prosta sprawa” (Canal+) wcielił się w rolę szefa jeleniogórskiej mafii. Początkowo miał duże wątpliwości, czy podoła temu wyzwaniu.

PAP Life: Lubi pan powieści kryminalne?

 

Piotr Adamczyk: Od czasu do czasu, tak. Kryminały kojarzę z wakacjami, plażą, takim momentem kompletnie niezawodowym.

Advertisement

 

PAP Life: Czytał pan „Prostą sprawę” Wojciecha Chmielarza?

 

P.A.: Słuchałem jako audiobooka w świetnym wykonaniu Przemysława Bluszcza, kiedy pojawiła się propozycja zagrania w serialu. W książce moja postać jest wyjątkowo zła, obarczona grzechami nie do wybaczenia, które w scenariuszu napisanym przez Cypriana Olenckiego zostały trochę złagodzone. Kazik zyskał ludzką twarz, z czego bardzo się cieszę. Bo wydaje mi się, że źli ludzie – to znaczy, ci, których my oceniamy jako złych – sami o sobie pewnie tak nie myślą, tylko raczej szukają usprawiedliwień. Poza tym, zło to też jest coś, co się czasami komuś przyczepi do życiorysu. Jakaś jedna zła decyzja, wdepnięcie w bagno, jakiś szemrany interes, agresja ni stąd ni zowąd i napędza się spirala. Czasem to po prostu przypadek, który potrafi nieodwracalnie złamać życiorys. Myślę, że podobnie jest z Kazikiem. On też prawdopodobnie nie musiał zostać gangsterem.

Advertisement

 

PAP Life: Wcześniej był policjantem.

 

P.A.: Właśnie. Mógł zostać po sprawiedliwej stronie mocy, ale jego życie potoczyło się inaczej. Jest to postać pogmatwana, nieszczęśliwa, z jakąś niespełnioną miłością w tle. A z drugiej strony nie ma co za bardzo go tłumaczyć. Bo to przecież morderca i bezwzględny mafioso.

Advertisement

 

PAP Life: Aktorzy chyba wolą grać złych bohaterów.

 

P.A.: Bo to jest efektowne, robi wrażenie. Czasami niewiele trzeba, żeby wywołać dreszcz emocji. Myślę, że w tym wypadku postawiłem sobie trochę wyżej poprzeczkę, niż tylko powiedzenie kwestii „zabijcie go” i tak dalej. Bardzo ważna była metamorfoza zewnętrzna, wymyślenie, jak ten Kazik ma wyglądać.

Advertisement

 

PAP Life: Ale podobno miał pan wątpliwości, żeby tę rolę zagrać, a nawet „uciekał” pan ze zdjęć próbnych.

 

P.A.: To prawda, że uciekałem. Zadzwoniłem do swojej menadżerki, żeby mnie zwolniła z tego castingu, bo nie dam rady, nie czuję się gotowy. Mimo że już się ubrałem w pięć swetrów, wypchałem poduszką, założyłem na to dres i przyjechałem na Chełmską (Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych w Warszawie) na zdjęcia próbne, to jednak bałem się, że to będzie nietrafiona próba. Dlatego postanowiłem zrezygnować. Nie czułem, że będę wiarygodny. Wsiadłem w samochód i przy szlabanie, który jest przed wyjazdem z Wytwórni, spotkałem się wzrokiem z kierowcą wjeżdżającego samochodu, czyli reżyserem Cyprianem Olenckim, który mi pomachał i powiedział, że za chwilę się widzimy. Musiałem więc odwołać odwołanie. Pomyślałem: „Dobra, to już sam mu powiem”. Trochę się krygowałem, trzeba mnie było namawiać do zdjęć: „Ale Piotruś, pokaż, zagraj, spróbuj”.

Advertisement

 

PAP Life: Aktor z takim doświadczeniem jak pan miał jakieś opory?

 

P.A.: Nie chciałem się ośmieszyć. To są takie strachy i jakaś własna niegotowość. Wielu osobom nasz zawód wydaje się taki prosty. Mówi się: „Pierdnie, podskoczy i jeszcze mu płacą”. W przypadku roli Kazika – jakby tak głębiej przyjrzeć tej pracy – to wcale nie była…

Advertisement

 

PAP Life: … taka prosta sprawa?

 

P.A.: Tak (śmiech).

Advertisement

 

PAP Life: Jednak zdecydował się pan zagrać Kazika.

 

P.A.: Okazało, że to, co zaprezentowałem, spodobało się i widziałem wiarę Cypriana (Olenckiego), że ta postać w moim wykonaniu będzie wiarygodna – i za tą jego wiarą poszedłem. Później byliśmy razem z Cyprianem i Mateuszem Damięckim na kilkudniowym wyjeździe integracyjnym, obejrzeliśmy wybrane lokacje w Jeleniej Górze. Ten wyjazd bardzo nam się przydał. Wtedy znaleźliśmy sposoby na swoje postaci. Mateusz odkrył, że na tyle jest przygotowany fizycznie, intelektualnie do zagrania swojej roli, że nie musi wykonywać jakichś popisów aktorskich, żeby wyszło bardzo efektownie. Moim zdaniem to jest jedna z jego życiowych ról. A przy tym granie bohatera westernowego, sprawiedliwego, pozytywnego jest niezwykle trudne.

Advertisement

 

PAP Life: Pana bohater jest bardzo zmieniony fizycznie, zaczynając od krzywego nosa, powiększonej sylwetki. To był pana pomysł?

 

P.A.: Nie chcę teraz spijać całej śmietanki. Tego wszystkiego by nie było, gdyby produkcja tego nie klepnęła, bo przecież potrzebny był budżet na silikonowe poprawki, odlewy i cały sztab charakteryzatorski z Aliną Janerką na czele. Bardzo im jestem za tę postać wdzięczny. To moje przekonanie, już od zdjęć próbnych, że trzeba się wypchać różnymi rzeczami, że ma być potężnie, czy też pomysł na złamany nos, który zmienia moją fizjonomię do tego stopnia, że niektórzy mnie nie poznają, to była dla mnie wielka aktorska radocha.

Advertisement

 

PAP Life: Dlaczego Kazik wygląda tak jak wygląda? Spotkał pan kiedyś kogoś podobnego?

 

P.A.: Szukaliśmy tego Kazika przez czas prób. Każdy aktor przygotowuje się do roli na swój sposób. W moim wypadku to jest uwrażliwienie się na świat pod tym kątem. Akurat obejrzę jakiś film i z tego filmu wydobędę to, co mnie interesuje. Spotkam na ulicy człowieka, który mówi w jakiś charakterystyczny sposób albo jakoś wygląda. Nawet mój kolega, który ma złamany nos był jakimś pomysłem na fizyczność Kazika – nagle pomyślałem, że to będzie dobrze wyglądało. Także ten czas, kiedy pojechaliśmy do Jeleniej Góry, szukając lokalnych „prawdziwków”, też bardzo nam pomógł. Opis w scenariuszu daje tylko pewne wyobrażenie miejsca, natomiast, jak się to wszystko widzi i później czyta jeszcze raz, to od razu łatwiej jest kreować postać.

Advertisement

 

PAP Life: Akcja „Prostej sprawy” dzieje się w okolicach Jeleniej Góry, więc kręcenie tego serialu wiązało się z podróżą w tamte rejony. Ale mówi się także, że dla aktora każda rola jest podróżą w głąb siebie. Co pan z tej podróży z Kazikiem przywiózł?

 

P.A.: Każdy film jest podróżą pod wieloma względami. To jest też nasza prywatna podróż i po pewnym czasie ogląda się taki film trochę jak wspomnienie z wakacji. Ale jest to także emocjonalna podróż dla widza i za każdym razem staram się, żeby była jak najbardziej wciągająca, efektowna, żeby tam było coś, co można nazwać rozrywką, ale też intelektualną zabawą. W „Prostej sprawie” odkrywanie historii bohaterów to też jest rozrywka psychologiczna. Ten film w pewnym sensie jest wymagający. W każdym odcinku inna postać przejmuje pałeczkę i więcej opowiada o sobie, jest dużo retrospekcji, więc widz ma taką przyjemność, jak czytając kryminał. Kto zabił? O co chodzi? Pewnie okaże się na końcu. A co ja z tego wyciągnąłem? Dowiem się za jakiś czas. Na razie mam po prostu przemiłe wspomnienia z pracy i poczucie spełnienia. Jesteśmy już po pierwszych seansach i widzę, że moja rola jest bardzo dobrze odbierana. Chociaż tego Kazika powinno się nie lubić, to widzowie chcą go oglądać, więc nasze założenia z Cyprianem, żeby budził jakąś sympatię, żeby widzom było go trochę żal, okazały się słuszne.

Advertisement

 

PAP Life: Momentami pan bawi tą postacią, na przykład, gdy Kazik powtarza „…ziemi. Tej ziemi”

 

P.A.: Myślę, że czasami takie puszczenie oczka do widzów dobrze robi. Akurat do tego żartu Cyprian przekonywał mnie dość długo. Ale cieszę się, że mnie namówił, bo reakcje widzów świadczą, że to oko puszczone do widza dobrze robi.

Advertisement

 

PAP Life: Często słyszę od aktorów, że nie chcą być zaszufladkowani i że marzą o jak najbardziej różnorodnych rolach. Pan też kiedyś powiedział, że ma dość propozycji ról w sutannach albo podstarzałych playboyów. Z drugiej strony bycie aktorem uniwersalnym, który wszystko zagra, nie jest proste, bo każdy ma jakieś emploi, a poza tym widzowie mogą czuć się zdezorientowani, że ktoś gra w komedii, a za chwilę wciela się w psychopatycznego mordercę. Na świecie aktorzy są często przypisywani do jakiegoś gatunku.

 

P.A.: Powiem więcej, na rynku amerykańskim jest bardzo dużo aktorów, którzy są przypisani do jednego typu roli. Tak naprawdę takie aktorstwo kreacyjne, które pozwala aktorom się kompletnie przedzierzgnąć w inną postać i zaskakiwać kompletnie nowym wizerunkiem, to jest przywilej gwiazd. One mogą sobie pozwolić, żeby nad rolą pracować dwa lata, przytyć 20 kilogramów, albo schudnąć 40. Wtedy tworzą oscarowe kreacje.

Advertisement

 

Wracając do „zwykłych” aktorów, pamiętam taką anegdotę, którą opowiedział Erwin Axer, który reżyserował jakichś amerykańskich aktorów w teatrze i poprosił jednego aktora z długą rudą brodą, żeby do tej roli tę brodę zgolił. A on wtedy mu powiedział: „Nie mogę, bo ja gram rudych, brodatych marynarzy”. Tak jest, że ktoś kiedyś sprawdził się w roli rudego marynarza i niestety trudno mu poza tę postać wyjść. Gra jakieś inne drobne role, ale pasujące do tego wizerunku.

 

To się też zdarza w Polsce, kiedy aktor sprawdzi w jakiejś roli, to potem już często dostaje bardzo podobne propozycje. Dlatego lubię castingi, mimo że często ludzie są zdziwieni: „Co ty, chodzisz na castingi? Przecież ty już chyba nie musisz”. Ale właśnie castingi często weryfikują to, czy udźwignie się coś nowego. W tym wypadku casting na Kazika był tego typu szansą dla mnie, którą, mam nadzieję, udało mi się wykorzystać.

Advertisement

 

PAP Life: W ostatnich latach dużo pan gra w zagranicznych produkcjach. Czy dziś praca na planie amerykańskiego czy brytyjskiego filmu różni się od polskich produkcji?

 

P.A.: Pod wieloma względami bardzo się różni. Właściwie wszystkie filmy, w których udało mi się zagrać, poza jakimiś drobnymi amatorskimi rzeczami, które robiłem dla studentów, czy tzw. indie films – artystycznymi, zerobudżetowymi filmami, miały ponad sto milionów dolarów budżetu. A to przekłada się na ilości sprzętu, możliwości, czasu, który się ma, ale też świadomości, jak ten czas jest drogi. Zauważyłem też różnice w graniu u swoich amerykańskich kolegów i koleżanek. Oni bardzo często przedłużają jakieś rzeczy, robią pauzy, szukają, podczas jednej sceny grają to samo zdziwienie na kilka razy. To się wydaje dziwne, natomiast oni robią to ze świadomością, że potem w montażu będzie wybrane najlepsze ujęcie. I tego rodzaju zabawy próbowałem też stosować. Pamiętam, że rozmawialiśmy z Cyprianem, żeby nie mówił od razu „stop”, tylko, żeby te sceny trochę jeszcze „żyły”. Być może coś trwa za długo, ale może trafić się coś, co potem zostanie wykorzystane.

Advertisement

 

PAP Life: Żona pana też jest aktorką. Udziela pan jej zawodowych rad, jak sobie radzić z jakąś rolą?

 

P.A.: Nie. Ona sama wie, jak to robić.

Advertisement

 

PAP Life: A pan ją czasem prosi o radę?

 

P.A.: Rozmawiamy, czasem sobie pomagamy w castingach. Dzisiaj będą z żoną przygotowywał mój casting.

Advertisement

 

PAP Life: Co to będzie?

 

P.A.: O takich rzeczach się nie mówi. Chodzi też o to, że my tych castingów nagrywamy bardzo dużo. To jest jakby wykorzystanie szansy bycia w tej maszynie losującej wśród setek innych piłeczek, z których jedna zostanie wybrana. Wielokrotnie też jest tak, że w tych castingach dochodzi się do jakichś dalekich etapów. Człowiek myśli, że za chwilę złapie Pana Boga za nogi. A tu się okazuje, że jednak nie, ktoś inny jest na tym pierwszym miejscu. Ale wiadomo, że to, co dobre, przychodzi w trudach. Myślę, że te najtrudniejsze przygody wspomina się najfajniej, bo dotknęło się czegoś nowego, wyszło się poza strefę swojego komfortu. Na tyle daleko, że to się zapamięta.

Advertisement

 

PAP Life: Tak jak „Prostą sprawę”?

 

P.A.: Na pewno to było dla mnie wyjście poza strefę komfortu. Ale też doświadczenie pracy z młodymi aktorami, których tutaj spotkałem, poznanie ich nowego spojrzenia na świat. Ja już się czuję aktorem trochę z innego pokolenia. Mam 52 lata, z jednej strony mówi się o aktorach w moim wieku, że to jest taki złoty moment. Na tyle dużo już się wie, już potrafi, że można świadomie, mądrze do tego zawodu podejść. Jest się jeszcze w takim wieku, który jest w miarę interesujący, czy na ekranie, czy w teatrze.

Advertisement

 

Ale z drugiej strony to ci młodzi wchodzący w zawód wnoszą świeżość i zmianę. Bardzo długo byłem najmłodszy w obsadzie, często grałem z wielkimi aktorami, tuzami. I to też była wyjątkowa lekcja. W „Prostej sprawie” okazało się, że to ja jestem tym najstarszym i młodzi aktorzy patrzą na mnie na zasadzie: „Ale się cieszę, że z panem będę grał”. Byłem zaskoczony: „Z jakimś panem?”. Próbowałem skrócić ten dystans i myślę, że mi się to udało, z wieloma się zaprzyjaźniłem.

 

Starsi często narzekają na młodych, a ja jestem w pełnym zachwycie. Wydaje mi się, że rośnie nam pokolenie niezwykle utalentowanych ludzi, przy tym z dostępem do technologii, który daje niesamowite możliwości. Dzięki ich umiejętnościom eksplorowania tego świata, mają dużo nowych źródeł wiedzy, umiejętności. Znają nowy język filmowy, operują nim i przekładają to na nasze polskie warunki. Bardzo mocno trzymam za nich kciuki. (PAP Life)

Advertisement

 

Rozmawiała Iza Komendołowicz

Advertisement
Continue Reading

Lifestyle

Luna odpadła w konkursie Eurowizji

Published

on

By

fot. PAP

Głosy telewidzów nie wystarczyły, by zagwarantować Lunie i piosence „The Tower” miejsce w finałowej dziesiątce wyłonionej w pierwszym półfinale Eurowizji.

Już wiadomo, że obok Szwecji – gospodarza konkursu – oraz krajów Wielkiej Piątki w sobotnim finale 68. Konkursu Piosenki Eurowizji zobaczymy reprezentantów: Serbii, Portugalii, Słowenii, Ukrainy, Litwy, Finlandii, Cypru, Chorwacji, Irlandii, Luksemburga. Kolejnych dziesięciu finalistów poznamy podczas drugiego półfinału 9 maja.

Już po raz siódmy w historii Eurowizji Szwecja stała się domem europejskiej piosenki. Tegoroczny konkurs upływa pod hasłem „United By Music”, a o zwycięstwo w sobotnim finale powalczy w sumie 26 krajów, z czego 20 wyłonionych zostanie w dwóch półfinałach. Niestety już wiemy, że Polska szansę na zwycięstwo straciła. Reprezentująca nasz kraj Luna nie uzyskała wystarczającej liczby głosów oddanych przez telewidzów, by zakwalifikować się do finału konkursu.

 

Advertisement

Pierwszy półfinał pokazał natomiast, że do serc widzów można trafić nie tylko chwytliwą piosenką, ale i zapadającym w pamięci show. Dowiódł tego chociażby reprezentant Chorwacji, Baby Lasagna. Jeszcze przed pierwszym półfinałem był on wskazywany jako mocny pretendent do zwycięstwa. Na scenie Chorwat zaprezentował piosenkę „Rim Tim Tagi Dim”. Jak wyjaśnił Artur Orzech ten utwór z rockowym zacięciem i klubowo-folkową oprawą traktuje o mężczyźnie, który chce sprzedać krowę i przeprowadzić się do miasta.

 

Uwadze widzów z pewnością nie umknął także występ reprezentantów Finlandii. Teemu Keisteri (Windows95man) i towarzyszący mu Henri Piispanen z piosenką „No Rules” udowodnili, że jeśli chodzi o dobrą zabawę i wprawianie publiczności w doskonały nastrój faktycznie warto się pozbyć wszelkich zasad. Oglądając to osobliwe komediowe show, można było wręcz odnieść wrażenie, że sama piosenka jest wyłącznie dodatkiem do występu, który zaprezentował skąpo ubrany Windows95man. Polski komentator wysoko ocenił za to występ Ukrainy, którą wskazał jako pewnego finalistę, teatralne i demoniczne show reprezentującej Irlandię Bambie Thug a także nostalgiczną piosenkę „Grito” reprezentującej Portugalię Iolandy.

 

Advertisement

Wieloletnie doświadczeni Artura Orzecha w istocie znalazło swoje potwierdzenie w głosach telewidzów, którzy wybrali pierwszą finałową dziesiątkę. Wiadomo już, że podczas sobotniego finału na scenie Malmö Arena zobaczymy reprezentantów: Serbii, Portugalii, Słowenii, Ukrainy, Litwy, Finlandii, Cypru, Chorwacji, Irlandii i Luksemburga, który do Eurowizji powraca po 31 latach. Te kraje staną w szranki z tymi, którzy udział w finale mieli zagwarantowany. A są to: tegoroczny gospodarz konkursu – Szwecja oraz kraje tzw. Wielkiej Piątki (Francja, Hiszpania, Niemcy, Wielka Brytania i od 2011 roku Włochy), które płacą największe składki do EBU (Europejskiej Unii Nadawców). Część z tych utworów poznaliśmy już w pierwszym półfinale, bowiem na scenie wystąpili reprezentanci Szwecji, Niemiec i Wielkiej Brytanii.

 

Pozostałych 10 finalistów poznamy w drugim półfinale. 9 maja o jedno z tych miejsc będą walczyć reprezentanci 16 krajów: Malty, Albanii, Grecji, Szwajcarii, Czech, Austrii, Danii, Armenii, Łotwy, San Marino, Gruzji, Belgii, Estonii, Izraela, którego udział był głośno krytykowany, a także Norwegii i Holandii. Podczas tego koncertu wystąpią także pewni finaliści z Włoch, Francji i Hiszpanii i podobnie jak to miało miejsce w pierwszym półfinale ich występy nie podlegają głosowaniu widzów.

 

Advertisement

W finałowym koncercie, który odbędzie się 11 maja, na scenie pojawi się w sumie 26 reprezentantów, a o ich losie zdecyduje głosowanie telewidzów i jury, które wskaże tegorocznego zwycięzcę Eurowizji i kraj, który będzie jej przyszłorocznym gospodarzem. (PAP)

Continue Reading

Advertisement
Advertisement