Connect with us

Lifestyle

Muniek Staszczyk kończy 60 lat

Published

on

fot. PAP

Muniek Staszczyk – muzyk, wokalista, autor tekstów, lider zespołu T.Love – kończy w niedzielę 60 lat. Najbliższy koncert pod hasłem “60-tka Muńka!” zespół zagra tego dnia w klubie Studio w Krakowie.

Muniek Staszczyk (Zygmunt Marek Staszczyk) urodził się 5 listopada 1963 r. w Częstochowie. Ukończył częstochowskie IV Liceum Ogólnokształcące im. Henryka Sienkiewicza oraz wydział polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Pierwsze zespoły muzyczne stworzył jeszcze w czasach licealnych – Schoolboys, Opozycja, a następnie T.Love Alternative w 1982. Cztery lata później zespół przyjął aktualnie znaną nazwę T.Love.

 

“Zmotywowani przez nudę w trakcie stanu wojennego zaczęliśmy we czwórkę, w mieszkaniu jednego z naszych kolegów, Darka Zająca, który był później klawiszowcem, próbować grać. Wszyscy byliśmy mocno zainspirowani muzyką punkrockową, która wtedy była bardzo popularna. Był to zespół podziemny, wtedy takich zespołów nikt nie wydawał. Wszystko zaczęło się od występu w Jarocinie w 1983 r. Ten występ dał nam taki wiatr w żagle! Nikt nas nie chciał wydawać, więc zaczęliśmy się wydawać sami. Oczywiście, nie była to popularność masowa, ale w małym nakładzie zaczęliśmy docierać do ludzi. Nie było z tego żadnych pieniędzy” – wspominał początki kariery w rozmowie z PAP Muniek Staszczyk.

 

Advertisement

Latem 1989 r. Staszczyk zawiesił działalność zespołu i wyjechał do Londynu w celach zarobkowych, ale już w grudniu tego samego roku wrócił do Polski i reaktywował T.Love wydając nowy album “Pocisk miłości” z hitowym utworem “Warszawa”.

 

“Lata 80. to był czas zdobycia wiarygodności wśród publiczności. Jest to bardzo ważne, ponieważ tego się nie da kupić za żadne pieniądze. Lata 90. były okresem, gdy staliśmy się zespołem profesjonalnym i zaczęliśmy zarabiać jakieś małe pieniądze za muzykę. Był to początek popularności zespołu, która trwa do dzisiaj” – wyjaśnił Staszczyk.

 

W 1990 r. Muniek został redaktorem magazynu młodzieżowego “Atak”, a dwa lata później wydał książkę wspomnieniową “Dzieci rewolucji”, którą napisał na podstawie swojej pracy magisterskiej. “W połowie 1990 roku zdarzył mi się epizod dziennikarski. Mirek Pęczak przyszedł z propozycją, żebym prowadził dział muzyczny w nowym młodzieżowym piśmie +Atak+. Pisałem recenzje, zaczęli mi płacić jakieś pieniądze. Wyszło kilka numerów robionych beznadziejnie” – wspominał Staszczyk w książce “King!” Rafała Księżyka.

Advertisement

 

W 1994 r. ukazała się koncertowa płyta “I Love You” a zespół wyjechał po raz pierwszy na koncerty do USA. Grupa wyjeżdżała tam kilkakrotnie. Trzy lata później, w 1997 r., ukazał się kultowy album pt. “Chłopaki nie płaczą”. Od 2003 r. zespół zaczął koncertować w całej Europie po swoim pierwszym koncercie w Londynie.

 

Nieco wcześniej, w 1995 r. Staszczyk wraz z Andrzejem Zeńczewskim założył zespół Szwagierkolaska, z którym wydał dwa albumy studyjne – “Luksus” (1995) i “Kicha” (1999), na których nagrano przede wszystkim piosenki Stanisława Grzesiuka w nowych aranżacjach. Za płytę “Luksus” muzycy otrzymali Fryderyka 1995 w kategorii “Album roku – muzyka tradycji i źródeł”.

Advertisement

 

Jak przypomniano w książce “King!”, od 2001 r. przez kilka lat Staszczyk śpiewał w zespole Reggae In A Polish Style. Co więcej, w sezonie 2000/01 wcielił się w postać Vana Morrisona w spektaklu “Jeździec burzy” w reż. Arkadiusza Jakubika. Premiera sztuki Jakubika odbyła się 22 września 2000 r. w Teatrze Rampa na warszawskim Targówku.

 

30 września 2009 r. Muniek Staszczyk został uhonorowany przez III Program Polskiego Radia nagrodą Mateusz za “25 lat niezależności, niespożytej energii, młodzieńczego entuzjazmu, wierności sobie i swojej muzyce”. W 2010 r. muzyk wydał swój pierwszy solowy album, zatytułowany “Muniek”, nagrany z Janem Benedkiem.

Advertisement

 

W 2011 r. muzyk został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

 

W 2014 r. Staszczyk zwyciężył w częstochowskim plebiscycie “Ludzie Dwudziestolecia”, czego efektem była wystawa “Muniek Story” prezentowana w miejskim ratuszu. We wrześniu 2015 r. Muniek wraz z Mietallem Walusiem odbył trasę koncertową “Warsaw Bombs”, obejmującą pięć występów w Chinach. Był to ich wspólny rockandrollowy projekt prezentujący alternatywną historię polskiej muzyki rockowej.

Advertisement

 

“Odbyło się pięć koncertów, na każdym po sto, sto pięćdziesiąt osób. Mieliśmy fajne plakaty, fajną promocję. Pekin, Shenzhen, Kanton, Shangqiu i Chongqing nad rzeką Jangcy, tam było najdziwniej, klimat jak w Gotham City, dziesięć milionów mieszkańców upakowanych w wieżowcach. To jest kraj, w którym jest taki natłok ludzi, że uczy to pokory. Koncerty świetne, oni tam są bardzo energetyczni” – wspominał Staszczyk w książce “King!” Rafała Księżyka.

 

W lipcu 2019 r. Muniek dostał wylewu podczas swojego pobytu w Londynie. Na szczęście stan zdrowia rockmana uległ szybkiej poprawie i Muniek wrócił do muzyki. “Byłem właściwie po drugiej stronie, a wróciłem na scenę dzięki tak naprawdę opatrzności, czyli Bogu i lekarzom. Po prostu udało mi się przeżyć” – powiedział Muniek Staszczyk.

 

Advertisement

W lipcu 2020 r. Muniek potwierdził reaktywację zespołu T.Love. Zapowiedział też wydanie nowego albumu z okazji 40-lecia formacji, które przypadło w 2022 r.

 

“Oduczyłem się planować po wszystkim, co przeszedłem. Planów dalekosiężnych nie ma, ale w związku z tym, że +poszła+ nam nowa płyta, stwierdziliśmy, że jeszcze jedną możemy zrobić. Ustaliliśmy, że od stycznia zaczynamy pracę nad nowym albumem, ale patrząc realistycznie ukaże się on wiosną w 2025 r.” – ujawnił Staszczyk.

 

W 2020 r. za karierę solową Muniek Staszczyk został nominowany i zwyciężył na gali Fryderyki 2020 w kategoriach “Album Roku Rock” oraz “Utwór Roku” za krążek pt. “Syn miasta” i utwór “Pola”. W marcu 2021 r. wydał koncertowy album pt. “Muniek i Przyjaciele – Na żywo i akustycznie 2018–2019”.

Advertisement

 

W sumie do 2022 r. zespół wydał 13 albumów, w tym najnowszy “Hau! Hau!”, który ukazał się w kwietniu 2022 r. 22 marca 2023 r. właśnie za ten album T.Love otrzymał nominację do Fryderyków w kategorii “Album Roku Rock”.

 

Aktualnie grupa T.Love jest w trakcie jesiennej trasy koncertowej po Polsce. Najbliższy koncert pod hasłem “60-tka Muńka!” zespół zagra w niedzielę w klubie Studio w Krakowie. (PAP)

Advertisement

Continue Reading
Advertisement
Click to comment

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Lifestyle

Piotr Adamczyk: rola Kazika to nie była taka… prosta sprawa

Published

on

By

„Lubię castingi, mimo że często ludzie są zdziwieni: +Co ty, chodzisz na castingi? Przecież ty już chyba nie musisz+. Ale właśnie castingi często weryfikują to, czy udźwignie się coś nowego. Casting na Kazika był tego typu szansą dla mnie, którą, mam nadzieję, udało mi się wykorzystać” – mówi PAP Life Piotr Adamczyk, który w serialu kryminalnym „Prosta sprawa” (Canal+) wcielił się w rolę szefa jeleniogórskiej mafii. Początkowo miał duże wątpliwości, czy podoła temu wyzwaniu.

PAP Life: Lubi pan powieści kryminalne?

 

Piotr Adamczyk: Od czasu do czasu, tak. Kryminały kojarzę z wakacjami, plażą, takim momentem kompletnie niezawodowym.

Advertisement

 

PAP Life: Czytał pan „Prostą sprawę” Wojciecha Chmielarza?

 

P.A.: Słuchałem jako audiobooka w świetnym wykonaniu Przemysława Bluszcza, kiedy pojawiła się propozycja zagrania w serialu. W książce moja postać jest wyjątkowo zła, obarczona grzechami nie do wybaczenia, które w scenariuszu napisanym przez Cypriana Olenckiego zostały trochę złagodzone. Kazik zyskał ludzką twarz, z czego bardzo się cieszę. Bo wydaje mi się, że źli ludzie – to znaczy, ci, których my oceniamy jako złych – sami o sobie pewnie tak nie myślą, tylko raczej szukają usprawiedliwień. Poza tym, zło to też jest coś, co się czasami komuś przyczepi do życiorysu. Jakaś jedna zła decyzja, wdepnięcie w bagno, jakiś szemrany interes, agresja ni stąd ni zowąd i napędza się spirala. Czasem to po prostu przypadek, który potrafi nieodwracalnie złamać życiorys. Myślę, że podobnie jest z Kazikiem. On też prawdopodobnie nie musiał zostać gangsterem.

Advertisement

 

PAP Life: Wcześniej był policjantem.

 

P.A.: Właśnie. Mógł zostać po sprawiedliwej stronie mocy, ale jego życie potoczyło się inaczej. Jest to postać pogmatwana, nieszczęśliwa, z jakąś niespełnioną miłością w tle. A z drugiej strony nie ma co za bardzo go tłumaczyć. Bo to przecież morderca i bezwzględny mafioso.

Advertisement

 

PAP Life: Aktorzy chyba wolą grać złych bohaterów.

 

P.A.: Bo to jest efektowne, robi wrażenie. Czasami niewiele trzeba, żeby wywołać dreszcz emocji. Myślę, że w tym wypadku postawiłem sobie trochę wyżej poprzeczkę, niż tylko powiedzenie kwestii „zabijcie go” i tak dalej. Bardzo ważna była metamorfoza zewnętrzna, wymyślenie, jak ten Kazik ma wyglądać.

Advertisement

 

PAP Life: Ale podobno miał pan wątpliwości, żeby tę rolę zagrać, a nawet „uciekał” pan ze zdjęć próbnych.

 

P.A.: To prawda, że uciekałem. Zadzwoniłem do swojej menadżerki, żeby mnie zwolniła z tego castingu, bo nie dam rady, nie czuję się gotowy. Mimo że już się ubrałem w pięć swetrów, wypchałem poduszką, założyłem na to dres i przyjechałem na Chełmską (Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych w Warszawie) na zdjęcia próbne, to jednak bałem się, że to będzie nietrafiona próba. Dlatego postanowiłem zrezygnować. Nie czułem, że będę wiarygodny. Wsiadłem w samochód i przy szlabanie, który jest przed wyjazdem z Wytwórni, spotkałem się wzrokiem z kierowcą wjeżdżającego samochodu, czyli reżyserem Cyprianem Olenckim, który mi pomachał i powiedział, że za chwilę się widzimy. Musiałem więc odwołać odwołanie. Pomyślałem: „Dobra, to już sam mu powiem”. Trochę się krygowałem, trzeba mnie było namawiać do zdjęć: „Ale Piotruś, pokaż, zagraj, spróbuj”.

Advertisement

 

PAP Life: Aktor z takim doświadczeniem jak pan miał jakieś opory?

 

P.A.: Nie chciałem się ośmieszyć. To są takie strachy i jakaś własna niegotowość. Wielu osobom nasz zawód wydaje się taki prosty. Mówi się: „Pierdnie, podskoczy i jeszcze mu płacą”. W przypadku roli Kazika – jakby tak głębiej przyjrzeć tej pracy – to wcale nie była…

Advertisement

 

PAP Life: … taka prosta sprawa?

 

P.A.: Tak (śmiech).

Advertisement

 

PAP Life: Jednak zdecydował się pan zagrać Kazika.

 

P.A.: Okazało, że to, co zaprezentowałem, spodobało się i widziałem wiarę Cypriana (Olenckiego), że ta postać w moim wykonaniu będzie wiarygodna – i za tą jego wiarą poszedłem. Później byliśmy razem z Cyprianem i Mateuszem Damięckim na kilkudniowym wyjeździe integracyjnym, obejrzeliśmy wybrane lokacje w Jeleniej Górze. Ten wyjazd bardzo nam się przydał. Wtedy znaleźliśmy sposoby na swoje postaci. Mateusz odkrył, że na tyle jest przygotowany fizycznie, intelektualnie do zagrania swojej roli, że nie musi wykonywać jakichś popisów aktorskich, żeby wyszło bardzo efektownie. Moim zdaniem to jest jedna z jego życiowych ról. A przy tym granie bohatera westernowego, sprawiedliwego, pozytywnego jest niezwykle trudne.

Advertisement

 

PAP Life: Pana bohater jest bardzo zmieniony fizycznie, zaczynając od krzywego nosa, powiększonej sylwetki. To był pana pomysł?

 

P.A.: Nie chcę teraz spijać całej śmietanki. Tego wszystkiego by nie było, gdyby produkcja tego nie klepnęła, bo przecież potrzebny był budżet na silikonowe poprawki, odlewy i cały sztab charakteryzatorski z Aliną Janerką na czele. Bardzo im jestem za tę postać wdzięczny. To moje przekonanie, już od zdjęć próbnych, że trzeba się wypchać różnymi rzeczami, że ma być potężnie, czy też pomysł na złamany nos, który zmienia moją fizjonomię do tego stopnia, że niektórzy mnie nie poznają, to była dla mnie wielka aktorska radocha.

Advertisement

 

PAP Life: Dlaczego Kazik wygląda tak jak wygląda? Spotkał pan kiedyś kogoś podobnego?

 

P.A.: Szukaliśmy tego Kazika przez czas prób. Każdy aktor przygotowuje się do roli na swój sposób. W moim wypadku to jest uwrażliwienie się na świat pod tym kątem. Akurat obejrzę jakiś film i z tego filmu wydobędę to, co mnie interesuje. Spotkam na ulicy człowieka, który mówi w jakiś charakterystyczny sposób albo jakoś wygląda. Nawet mój kolega, który ma złamany nos był jakimś pomysłem na fizyczność Kazika – nagle pomyślałem, że to będzie dobrze wyglądało. Także ten czas, kiedy pojechaliśmy do Jeleniej Góry, szukając lokalnych „prawdziwków”, też bardzo nam pomógł. Opis w scenariuszu daje tylko pewne wyobrażenie miejsca, natomiast, jak się to wszystko widzi i później czyta jeszcze raz, to od razu łatwiej jest kreować postać.

Advertisement

 

PAP Life: Akcja „Prostej sprawy” dzieje się w okolicach Jeleniej Góry, więc kręcenie tego serialu wiązało się z podróżą w tamte rejony. Ale mówi się także, że dla aktora każda rola jest podróżą w głąb siebie. Co pan z tej podróży z Kazikiem przywiózł?

 

P.A.: Każdy film jest podróżą pod wieloma względami. To jest też nasza prywatna podróż i po pewnym czasie ogląda się taki film trochę jak wspomnienie z wakacji. Ale jest to także emocjonalna podróż dla widza i za każdym razem staram się, żeby była jak najbardziej wciągająca, efektowna, żeby tam było coś, co można nazwać rozrywką, ale też intelektualną zabawą. W „Prostej sprawie” odkrywanie historii bohaterów to też jest rozrywka psychologiczna. Ten film w pewnym sensie jest wymagający. W każdym odcinku inna postać przejmuje pałeczkę i więcej opowiada o sobie, jest dużo retrospekcji, więc widz ma taką przyjemność, jak czytając kryminał. Kto zabił? O co chodzi? Pewnie okaże się na końcu. A co ja z tego wyciągnąłem? Dowiem się za jakiś czas. Na razie mam po prostu przemiłe wspomnienia z pracy i poczucie spełnienia. Jesteśmy już po pierwszych seansach i widzę, że moja rola jest bardzo dobrze odbierana. Chociaż tego Kazika powinno się nie lubić, to widzowie chcą go oglądać, więc nasze założenia z Cyprianem, żeby budził jakąś sympatię, żeby widzom było go trochę żal, okazały się słuszne.

Advertisement

 

PAP Life: Momentami pan bawi tą postacią, na przykład, gdy Kazik powtarza „…ziemi. Tej ziemi”

 

P.A.: Myślę, że czasami takie puszczenie oczka do widzów dobrze robi. Akurat do tego żartu Cyprian przekonywał mnie dość długo. Ale cieszę się, że mnie namówił, bo reakcje widzów świadczą, że to oko puszczone do widza dobrze robi.

Advertisement

 

PAP Life: Często słyszę od aktorów, że nie chcą być zaszufladkowani i że marzą o jak najbardziej różnorodnych rolach. Pan też kiedyś powiedział, że ma dość propozycji ról w sutannach albo podstarzałych playboyów. Z drugiej strony bycie aktorem uniwersalnym, który wszystko zagra, nie jest proste, bo każdy ma jakieś emploi, a poza tym widzowie mogą czuć się zdezorientowani, że ktoś gra w komedii, a za chwilę wciela się w psychopatycznego mordercę. Na świecie aktorzy są często przypisywani do jakiegoś gatunku.

 

P.A.: Powiem więcej, na rynku amerykańskim jest bardzo dużo aktorów, którzy są przypisani do jednego typu roli. Tak naprawdę takie aktorstwo kreacyjne, które pozwala aktorom się kompletnie przedzierzgnąć w inną postać i zaskakiwać kompletnie nowym wizerunkiem, to jest przywilej gwiazd. One mogą sobie pozwolić, żeby nad rolą pracować dwa lata, przytyć 20 kilogramów, albo schudnąć 40. Wtedy tworzą oscarowe kreacje.

Advertisement

 

Wracając do „zwykłych” aktorów, pamiętam taką anegdotę, którą opowiedział Erwin Axer, który reżyserował jakichś amerykańskich aktorów w teatrze i poprosił jednego aktora z długą rudą brodą, żeby do tej roli tę brodę zgolił. A on wtedy mu powiedział: „Nie mogę, bo ja gram rudych, brodatych marynarzy”. Tak jest, że ktoś kiedyś sprawdził się w roli rudego marynarza i niestety trudno mu poza tę postać wyjść. Gra jakieś inne drobne role, ale pasujące do tego wizerunku.

 

To się też zdarza w Polsce, kiedy aktor sprawdzi w jakiejś roli, to potem już często dostaje bardzo podobne propozycje. Dlatego lubię castingi, mimo że często ludzie są zdziwieni: „Co ty, chodzisz na castingi? Przecież ty już chyba nie musisz”. Ale właśnie castingi często weryfikują to, czy udźwignie się coś nowego. W tym wypadku casting na Kazika był tego typu szansą dla mnie, którą, mam nadzieję, udało mi się wykorzystać.

Advertisement

 

PAP Life: W ostatnich latach dużo pan gra w zagranicznych produkcjach. Czy dziś praca na planie amerykańskiego czy brytyjskiego filmu różni się od polskich produkcji?

 

P.A.: Pod wieloma względami bardzo się różni. Właściwie wszystkie filmy, w których udało mi się zagrać, poza jakimiś drobnymi amatorskimi rzeczami, które robiłem dla studentów, czy tzw. indie films – artystycznymi, zerobudżetowymi filmami, miały ponad sto milionów dolarów budżetu. A to przekłada się na ilości sprzętu, możliwości, czasu, który się ma, ale też świadomości, jak ten czas jest drogi. Zauważyłem też różnice w graniu u swoich amerykańskich kolegów i koleżanek. Oni bardzo często przedłużają jakieś rzeczy, robią pauzy, szukają, podczas jednej sceny grają to samo zdziwienie na kilka razy. To się wydaje dziwne, natomiast oni robią to ze świadomością, że potem w montażu będzie wybrane najlepsze ujęcie. I tego rodzaju zabawy próbowałem też stosować. Pamiętam, że rozmawialiśmy z Cyprianem, żeby nie mówił od razu „stop”, tylko, żeby te sceny trochę jeszcze „żyły”. Być może coś trwa za długo, ale może trafić się coś, co potem zostanie wykorzystane.

Advertisement

 

PAP Life: Żona pana też jest aktorką. Udziela pan jej zawodowych rad, jak sobie radzić z jakąś rolą?

 

P.A.: Nie. Ona sama wie, jak to robić.

Advertisement

 

PAP Life: A pan ją czasem prosi o radę?

 

P.A.: Rozmawiamy, czasem sobie pomagamy w castingach. Dzisiaj będą z żoną przygotowywał mój casting.

Advertisement

 

PAP Life: Co to będzie?

 

P.A.: O takich rzeczach się nie mówi. Chodzi też o to, że my tych castingów nagrywamy bardzo dużo. To jest jakby wykorzystanie szansy bycia w tej maszynie losującej wśród setek innych piłeczek, z których jedna zostanie wybrana. Wielokrotnie też jest tak, że w tych castingach dochodzi się do jakichś dalekich etapów. Człowiek myśli, że za chwilę złapie Pana Boga za nogi. A tu się okazuje, że jednak nie, ktoś inny jest na tym pierwszym miejscu. Ale wiadomo, że to, co dobre, przychodzi w trudach. Myślę, że te najtrudniejsze przygody wspomina się najfajniej, bo dotknęło się czegoś nowego, wyszło się poza strefę swojego komfortu. Na tyle daleko, że to się zapamięta.

Advertisement

 

PAP Life: Tak jak „Prostą sprawę”?

 

P.A.: Na pewno to było dla mnie wyjście poza strefę komfortu. Ale też doświadczenie pracy z młodymi aktorami, których tutaj spotkałem, poznanie ich nowego spojrzenia na świat. Ja już się czuję aktorem trochę z innego pokolenia. Mam 52 lata, z jednej strony mówi się o aktorach w moim wieku, że to jest taki złoty moment. Na tyle dużo już się wie, już potrafi, że można świadomie, mądrze do tego zawodu podejść. Jest się jeszcze w takim wieku, który jest w miarę interesujący, czy na ekranie, czy w teatrze.

Advertisement

 

Ale z drugiej strony to ci młodzi wchodzący w zawód wnoszą świeżość i zmianę. Bardzo długo byłem najmłodszy w obsadzie, często grałem z wielkimi aktorami, tuzami. I to też była wyjątkowa lekcja. W „Prostej sprawie” okazało się, że to ja jestem tym najstarszym i młodzi aktorzy patrzą na mnie na zasadzie: „Ale się cieszę, że z panem będę grał”. Byłem zaskoczony: „Z jakimś panem?”. Próbowałem skrócić ten dystans i myślę, że mi się to udało, z wieloma się zaprzyjaźniłem.

 

Starsi często narzekają na młodych, a ja jestem w pełnym zachwycie. Wydaje mi się, że rośnie nam pokolenie niezwykle utalentowanych ludzi, przy tym z dostępem do technologii, który daje niesamowite możliwości. Dzięki ich umiejętnościom eksplorowania tego świata, mają dużo nowych źródeł wiedzy, umiejętności. Znają nowy język filmowy, operują nim i przekładają to na nasze polskie warunki. Bardzo mocno trzymam za nich kciuki. (PAP Life)

Advertisement

 

Rozmawiała Iza Komendołowicz

Advertisement
Continue Reading

Lifestyle

Luna odpadła w konkursie Eurowizji

Published

on

By

fot. PAP

Głosy telewidzów nie wystarczyły, by zagwarantować Lunie i piosence „The Tower” miejsce w finałowej dziesiątce wyłonionej w pierwszym półfinale Eurowizji.

Już wiadomo, że obok Szwecji – gospodarza konkursu – oraz krajów Wielkiej Piątki w sobotnim finale 68. Konkursu Piosenki Eurowizji zobaczymy reprezentantów: Serbii, Portugalii, Słowenii, Ukrainy, Litwy, Finlandii, Cypru, Chorwacji, Irlandii, Luksemburga. Kolejnych dziesięciu finalistów poznamy podczas drugiego półfinału 9 maja.

Już po raz siódmy w historii Eurowizji Szwecja stała się domem europejskiej piosenki. Tegoroczny konkurs upływa pod hasłem „United By Music”, a o zwycięstwo w sobotnim finale powalczy w sumie 26 krajów, z czego 20 wyłonionych zostanie w dwóch półfinałach. Niestety już wiemy, że Polska szansę na zwycięstwo straciła. Reprezentująca nasz kraj Luna nie uzyskała wystarczającej liczby głosów oddanych przez telewidzów, by zakwalifikować się do finału konkursu.

 

Advertisement

Pierwszy półfinał pokazał natomiast, że do serc widzów można trafić nie tylko chwytliwą piosenką, ale i zapadającym w pamięci show. Dowiódł tego chociażby reprezentant Chorwacji, Baby Lasagna. Jeszcze przed pierwszym półfinałem był on wskazywany jako mocny pretendent do zwycięstwa. Na scenie Chorwat zaprezentował piosenkę „Rim Tim Tagi Dim”. Jak wyjaśnił Artur Orzech ten utwór z rockowym zacięciem i klubowo-folkową oprawą traktuje o mężczyźnie, który chce sprzedać krowę i przeprowadzić się do miasta.

 

Uwadze widzów z pewnością nie umknął także występ reprezentantów Finlandii. Teemu Keisteri (Windows95man) i towarzyszący mu Henri Piispanen z piosenką „No Rules” udowodnili, że jeśli chodzi o dobrą zabawę i wprawianie publiczności w doskonały nastrój faktycznie warto się pozbyć wszelkich zasad. Oglądając to osobliwe komediowe show, można było wręcz odnieść wrażenie, że sama piosenka jest wyłącznie dodatkiem do występu, który zaprezentował skąpo ubrany Windows95man. Polski komentator wysoko ocenił za to występ Ukrainy, którą wskazał jako pewnego finalistę, teatralne i demoniczne show reprezentującej Irlandię Bambie Thug a także nostalgiczną piosenkę „Grito” reprezentującej Portugalię Iolandy.

 

Advertisement

Wieloletnie doświadczeni Artura Orzecha w istocie znalazło swoje potwierdzenie w głosach telewidzów, którzy wybrali pierwszą finałową dziesiątkę. Wiadomo już, że podczas sobotniego finału na scenie Malmö Arena zobaczymy reprezentantów: Serbii, Portugalii, Słowenii, Ukrainy, Litwy, Finlandii, Cypru, Chorwacji, Irlandii i Luksemburga, który do Eurowizji powraca po 31 latach. Te kraje staną w szranki z tymi, którzy udział w finale mieli zagwarantowany. A są to: tegoroczny gospodarz konkursu – Szwecja oraz kraje tzw. Wielkiej Piątki (Francja, Hiszpania, Niemcy, Wielka Brytania i od 2011 roku Włochy), które płacą największe składki do EBU (Europejskiej Unii Nadawców). Część z tych utworów poznaliśmy już w pierwszym półfinale, bowiem na scenie wystąpili reprezentanci Szwecji, Niemiec i Wielkiej Brytanii.

 

Pozostałych 10 finalistów poznamy w drugim półfinale. 9 maja o jedno z tych miejsc będą walczyć reprezentanci 16 krajów: Malty, Albanii, Grecji, Szwajcarii, Czech, Austrii, Danii, Armenii, Łotwy, San Marino, Gruzji, Belgii, Estonii, Izraela, którego udział był głośno krytykowany, a także Norwegii i Holandii. Podczas tego koncertu wystąpią także pewni finaliści z Włoch, Francji i Hiszpanii i podobnie jak to miało miejsce w pierwszym półfinale ich występy nie podlegają głosowaniu widzów.

 

Advertisement

W finałowym koncercie, który odbędzie się 11 maja, na scenie pojawi się w sumie 26 reprezentantów, a o ich losie zdecyduje głosowanie telewidzów i jury, które wskaże tegorocznego zwycięzcę Eurowizji i kraj, który będzie jej przyszłorocznym gospodarzem. (PAP)

Continue Reading

Advertisement
Advertisement