Krzysztof Cugowski: Moja praca miała wpływ na życie rodzinne już znacznie wcześniej. Proszę pamiętać, że w czasach PRL ministerstwo kultury ustalało stawki dla artystów, bardzo różne, a my mieliśmy te najniższe. Dlatego musieliśmy dużo grać. W roku graliśmy 300, nawet 350 koncertów. Dzisiaj to jest niewyobrażalne, ale tak było. Poznałem wszystkie najmniejsze miasteczka, domy kultury, salki, bo bilety na nasze koncerty kosztowały niewiele, więc publiczność było na nie stać. To powodowało, że byliśmy gośćmi we własnych domach. Potem przyszedł rok 1987 i po raz pierwszy pojechaliśmy do Stanów. W Polsce zaczynała się transformacja, ludzie się zajmowali zupełnie czymś innym niż rozrywką, więc w kraju pracy dla nas nie było. Dlatego, żeby zapewnić byt naszym rodzinom, kilka lat spędziliśmy w Stanach, nie bez przerwy, ale jeździliśmy tam co rok nawet na sześć miesięcy czy więcej. Nie oceniam, czy to było złe, czy dobre. W tamtym czasie było potrzebne. Ale z tego powodu więzy rodzinne słabły. Jedni dają sobie radę z tego typu sytuacjami, inni nie. U mnie skończyło się to rozwodem, a potem drugim małżeństwem. Mam trzech synów, dwóch z pierwszego małżeństwa i trzeciego z obecnego. Poukładanie tych relacji nie było łatwe, mieliśmy różne perturbacje. W tej chwili wszystko jest tak, jak być powinno. Starsi synowie mają już swoje rodziny, dzieci. Najmłodszy jeszcze szuka swojego miejsca, robi różne rzeczy, zajmuje się muzyką, występuje w serialach. Wszyscy spotykamy się razem. Dlatego mogę powiedzieć, że dziś jestem spełniony nie tylko jako artysta, ale też jako człowiek. Jestem zadowolony z życia i oby nie było gorzej.